-
Dziad z klatki obok
jest takie uczucie, gdy spotykasz kogoś, na przykład z bardzo kompromitującego okresu w twoim życiu, do kogo naprawdę nie chcesz się przyznać i nie chcesz rozmawiać. taka osoba nie zrobiła ci żadnej krzywdy, nie musi być też co najmniej wkurwiająca – po prostu nie chcesz dotykać mazi tej ciepłej i lepkiej sfery, z którą czasowo utożsamiasz sobie ów personę.
Dziad z klatki obok jednakowoż, jest przykładem takiej osoby, na której widok odwracam się, i idę w drugim kierunku NIE DLATEGO! że wiążę z nim jakieś wspomnienia, a jedynie niechęć dosłownie UPIERDALANIA się z jego gęganiem.
Dziad z klatki obok jest przygarbionym, starszym dziadem, chyba bez zębów i włosów, który wychodzi przed klatkę chyba tylko po to, żeby wyrzucić zużyte puszki i butelki, i pozaczepiać każdą możliwą osobę, która obok niego przejdzie. jego gaworzenie zdaje się miłe, nieszkodliwe, ale za każdym razem wyciąga ręce do mojego Marcepana co mnie niemiłosiernie wręcz wkurwia. nie raz i nie dwa prosiłam, by tego nie robił, bo próbuję Gałgana oduczyć skakania – bez skutku.mieszka na parterze – a skąd to wiem? – ano stąd, że z jego okna od świtu słychać Radio Pogoda puszczone na pełen regulator, ponieważ Dziad z klatki obok niedosłyszy.
Kamil z parteru przynosi zakupy Dziadowi z klatki obok i prawdopodobnie jako jeden z niewielu ma do niczego cierpliwość, bo Kamil to jest dobry chłopak. ja nie jestem już dobra i na widok Dziada odwracam się na bolącej mnie pięcie w drugą stronę.
-
Ewa-Ewelina
któregoś dnia, wpadła do galerii rozgorączkowana Pani.
– proszę mi pomóc. jestem zdesperowana. czy ma Pani torbę, 30 na 30?
zamrugałam szybko oczami, a może nie zamrugałam wcale. przeanalizowałam słowa, które właśnie padły.
– chwileczkę… mam takie papierowe. pakuje w nie takie mniejsze obrazy.
mruknęłam, i wygrzebałam z zagraconego zaplecza kilka przykładowych, prezentując je niczym telezakupy mango, tylko bez podawania numeru telefonu.
– to chyba nie ma 30 na 30… i nie uniesie siedmiu kilogramów…
podrapałam się po głowie, a może nie podrapałam się po niczym i zerknęłam na zegarek. 17:30…
– kończę za pół godziny pracę. idę z psem na spacer, i mogę spotkać się z Panią gdzieś w okolicy, mam w domu dużą torbę z ikei i jakieś inne zakupowe. mieszkam niedaleko.
i tak też wymieniłyśmy się pozdrowieniami, numerami telefonów (a jednak! mango), imionami nawet (Ewelina) uzgadniając miejsce spotkania na przystanek od strony ulicy Francuskiej. Marcepan pod pachę, pod drugą klejnoty, i tak też wyruszyliśmy na kolejne spotkanie z przeznaczeniem.
dochodząc na przystanek widziałam ją już, biegnącą i uśmiechniętą, z czekoladą w dłoni (biała – nie cierpię białej).– bardzo Pani dziękuję, Pani Jowito! to taki mały podarunek, że zechciała mi Pani pomóc…
– nie trzeba było, to tylko jedna z wielu ikeowskich toreb. rozumiem, że ma Pani do przetransportowania jakiś bardzo ciężki prezent, zgadza się? rety, co to takiego?
– upiekłam tort dla przyjaciółki na urodziny. orzechowo-miodowy, proszę spojrzeć… no i tak jakoś wyszło, że waży siedem kilogramów. -
Kamil z parteru
mój sąsiad ma dwa samochody. dba o nie bardzo starannie, są zawsze czyste, lśniące i pachnące. pachnące ziołem, które często w nich pali na parkingu pod naszą kamienicą.
Kamil ma chihuahue – nazywam ją Królową Zuzią. Zuzanna – jak to zapewne każda chihuahua – szczeka na wszystko na swojej drodze. szczeka gdy położę palec na klamce drzwi do budynku, szczeka gdy kończę zamykać drzwi na górze. na początku Królowa mnie wkurwiała – teraz jedynie budzi litość i coś w rodzaju słabości. zawsze do niej dużo mówię, żeby ją zdenerwować jeszcze bardziej. mam z tego frajdę.Kamil to dobry chłopak. nie jest typowym dresikiem, tylko takim dresikiem wyższej klasy. zawsze wesoło się wita i zawsze wesoło zagaduje. pomaga Dziadowi z klatki obok. czasem bierze Królową pod pachę i dumnie spaceruje po osiedlu. jest to bardzo sympatyczny widok.
jest jakoś przed czterdziestką, choć wygląda na dwa razy mniej. jest też chyba dość samotny, tak jak ja.
długo nie robił prawa jazdy, a jak już zrobił, to na motor na którym nie jeździ.
kiedyś zastawił sąsiadkę z trzeciej klatki od Muchy. Mucha to jej piesek. sąsiadka od Muchy nie była szczęśliwa, a Kamil specjalnie nie odbierał od niej domofonu by przestawić samochód. bo spał.
poza tym, Kamil to naprawdę życzliwy człowiek.
-
pani M.
pani M. miała burzę farbowanych, czerwonych włosów i wielką krostę pod prawym okiem, której nie chciała zoperować. nie wierzyła w medycynę ni lekarzy. pani M. wierzyła w masowanie. masowanie „punktów”.
raz mnie dorwała. pokazała papierową makietę ciała z numerkami od 1 do 100.– pokaż, gdzie cię boli. – powiedziała.
chciałam pokazać serduszko, ale pokornie dotknęłam słabo zarysowaną prawą nerkę, u dołu pleców figury człowieka, który do złudzenia przypominał obrys ciał zamordowanej osoby z filmów kryminalnych.
dostałam diagnozę – nie umieram (!) – a także szczegółowo opisane zalecenia dotykania dolnej, wewnętrznej strony kciuka. nigdy nie przyznałam się jej, że nie stosowałam się do instrukcji jedynie z uśmiechem kiwałam potwierdzająco głową gdy pytała, czy to robię. a ona twierdziła, że wyglądam coraz zdrowiej.
pani M. wiedziała wszystko i o wszystkim najlepiej, i posiadała dyplom technika weterynarii. jej flagową opinią było stwierdzenie, że wszystkie pieski są takie same, bez względu na rasę, i zdecydowanie powinny szczekać, na temat czego prowadziłam z nią żarliwą dyskusję.
pani M. z dyplomem technika weterynarii prowadziła sklep z jednymi z najbrzydszych ubrań jakie widziałam w życiu. przywoziła je systematycznie z Turcji. jej poprzedni sklep spłonął w pożarze, który wzniecił gang wołomiński. biznes tutaj nie szedł za dobrze, klientelą pozostawały babeczki z poprzedniej lokalizacji – one wszystkie chyba się wzajemnie fundowały, przez co finansowo wspierały.
gdy wchodziła do budynku zawsze było ją słychać – codziennie krzyczała zarówno dzień dobry i do widzenia (sama była przygłucha), zaczynała dzień od wystawiania, a kończyła chowaniem manekinów wystawowych.
wyprowadziła się na początku czerwca.